Nareszcie, mogę wciągnąć w płuca słodkie powietrze wolności! Sesja została w tyle... zaliczona w 100% :)
Teraz, gdy w końcu mam chwilę wolnego.... zupełnie brakuje mi pomysłów, co mogłabym zrobić. Kiedy nad moją głową wisiało widmo poprawki i stosy notatek zalewały mi biurko, nie mogłam opędzić się od obowiązków... często całkowicie niepotrzebnych. Ale jak można się uczyć, gdy ubrania w szafie nie są poukładane?! Albo kiedy kredki na biurku nie są idealnie zatemperowane? :P
Teraz koniec z tym... w szafie mam porządek. Na biurku też. Nawet w życiu się poukładało. Czyżbym mogła spokojnie usiąśc z książką w ręku i niczym się nie przejmować?
I oto sedno tego postu. Ludzie bez przerwy narzekają na brak wolnego czasu. Nadmiar pracy, obowiązków domowych, problemów z życiem osobostym- wszystko to pochałania minutę za minutą, każdego naszego dnia. Kiedy jednak przychodzi chwila, gdy nie musimy nic robić.... dosłownie nic nie robimy.
Wielokrotnie zdarzało mi się słyszeć komentarze w stylu : "Gdybym miała czas, poszłabym n kręgle." "Chwila wolnego i mógłbym w końcu dokończyć książkę."
Jednak jeszcze częściej widziałam, że w momencie, gdy ktoś MIAŁ ten wolny czas nie robił absolutnie nic. Wszystkie wielkie plany, snute po cichu w czasie pracy, czy nauki legły w gruzach, przytłoczone... lenistwem.
To, że zniechęcenie dopada nas często w natłoku pracy- jestem w stanie zrozumieć. Jednak gdy mamy już wolną drogę i możliwość robienia WSZYSTKIEGO...? Dlaczego właśnie w momencie, gdy już możemy iść naprzód, zaczynamy odpuszczać?
31 sty 2012
25 sty 2012
Ktoś nowy...
Nikt nie chce być sam. Dlatego wciąż staramy się poznawać nowych ludzi, obracać w różnych towarzystwach, poprzez łańcuszki znajomych odnajdywać coraz to ciekawszych kompanów zabaw (i nie tylko).
W pewnym momencie może jednak pojawić się problem. Załóżmy, że masz dwójkę przyjaciół, z zupełnie różnych środowisk. Chłopaka/dziewczynę, którzy nie znają twoich znajomych. Albo nawet grupki przyjaciół: jedni czarni, drudzy biali (kolory najlepiej to obrazują). Ty jesteś szary/szara. Doceniasz wady i zalety każdego z nich. Z każdym dobrze się bawisz, na swój sposób.
Kiedy pojawia się problem? Gdy dochodzi do sytuacji zapoznania ich ze sobą. Od razu człowiek zastanawia się, czy nie wynikną z tego jakieś konflikty, czy każdy będzie się (w miarę) dobrze bawił. Nie chodzi nawet o zawarcie nowych, wielkich przyjaźni i stworzenie kochającej się rodzinki. Zwykłe dogadanie się w sytuacjach wspólnych zabaw, jak urodziny osoby "łączącej".
Co, kiedy jednak nie da się tego pogodzić? Dochodzi do tego, że człowiek jest podzielony między dwa światy i musi rozdzielać swój czas tak, by nikt nie czuł się pokrzywdzony. Często pojawia się dysonans, gdy zaczyna się otrzymywać sprzeczne informacje od różnych ludzi... i jak tu wszystkim dogodzić?
Najtrudniejsze staje się to chyba, gdy trzeba pogodzić konflikt między partner/partnerka = przyjaciele. Zawsze zależy nam na obu stronach i nie chcemy, by ktoś czuł się zaniedbany, albo ignorowany. Z jednej strony nasi towarzysze powinni wykazać się dojrzałością i z (nawet sztucznym) uśmiechem znosić towarzystwo niechcianych osób. Przecież i tak nie muszą widywać się 24/h.
A kiedy jedna ze stron, pomimo wszelkich zalet, nie umie odnaleźć się w takiej sytuacji? Nie czuje się swobodnie w towarzystwie tych innych ludzi i nie umie tego ukryć. Czy naprawdę musi dojść do tego, że człowiek zaczyna żyć na dwa różne sposoby? Jakby jego życie toczyło się w dwóch (albo i trzech, czterech, pięciu....) wymiarach, które nie umieją wspólnie egzystować.
Najgorsze jest pierwsze spotkanie, zwłaszcza gdy wiemy, że jedna ze stron ma problemy w odnalezieniu się w nowym otoczeniu. Co dalej...? Poddać się i żyć na dwa fronty, czy walczyć i na siłę odnajdywać sympatie tam, gdzie ich nie ma ?
Sama miałam taką sytuację, właśnie na swoich urodzinach. Zaprosiłam znajomych z różnych "środowisk"... ze studiów, starych znajomych, kilka osób poznanych przez "łańcuszki". Szybko zawieram znajomości i lubię się otaczać ludźmi, więc w ten wyjątkowy dzień chciałam mieć wszystkich wokół siebie. Niestety nie było tak, jak sobie wymarzyłam. Większość osób dogadywała się ze sobą dobrze, nie musieli udawać. Zwykła impreza. Ale był i drugi koniec kija- parę osób siedziało z boku, jakby za karę, że muszą tu być. Nikt ich nie zmuszał, a i mnie się zrobiło przykro, że źle się bawią. W takich momentach wolałabym już chyba, żeby udawali zamiast siedzieć, jak naburmuszone snoby.
Nie lubię takich sytuacji !!! !!! !!!
Chyba zaczynam odrobinę wariować, ale na obecną chwilę... winę mogę zrzucić na zmęczenie spowodowane sesją :P
W pewnym momencie może jednak pojawić się problem. Załóżmy, że masz dwójkę przyjaciół, z zupełnie różnych środowisk. Chłopaka/dziewczynę, którzy nie znają twoich znajomych. Albo nawet grupki przyjaciół: jedni czarni, drudzy biali (kolory najlepiej to obrazują). Ty jesteś szary/szara. Doceniasz wady i zalety każdego z nich. Z każdym dobrze się bawisz, na swój sposób.
Kiedy pojawia się problem? Gdy dochodzi do sytuacji zapoznania ich ze sobą. Od razu człowiek zastanawia się, czy nie wynikną z tego jakieś konflikty, czy każdy będzie się (w miarę) dobrze bawił. Nie chodzi nawet o zawarcie nowych, wielkich przyjaźni i stworzenie kochającej się rodzinki. Zwykłe dogadanie się w sytuacjach wspólnych zabaw, jak urodziny osoby "łączącej".
Co, kiedy jednak nie da się tego pogodzić? Dochodzi do tego, że człowiek jest podzielony między dwa światy i musi rozdzielać swój czas tak, by nikt nie czuł się pokrzywdzony. Często pojawia się dysonans, gdy zaczyna się otrzymywać sprzeczne informacje od różnych ludzi... i jak tu wszystkim dogodzić?
Najtrudniejsze staje się to chyba, gdy trzeba pogodzić konflikt między partner/partnerka = przyjaciele. Zawsze zależy nam na obu stronach i nie chcemy, by ktoś czuł się zaniedbany, albo ignorowany. Z jednej strony nasi towarzysze powinni wykazać się dojrzałością i z (nawet sztucznym) uśmiechem znosić towarzystwo niechcianych osób. Przecież i tak nie muszą widywać się 24/h.
A kiedy jedna ze stron, pomimo wszelkich zalet, nie umie odnaleźć się w takiej sytuacji? Nie czuje się swobodnie w towarzystwie tych innych ludzi i nie umie tego ukryć. Czy naprawdę musi dojść do tego, że człowiek zaczyna żyć na dwa różne sposoby? Jakby jego życie toczyło się w dwóch (albo i trzech, czterech, pięciu....) wymiarach, które nie umieją wspólnie egzystować.
Najgorsze jest pierwsze spotkanie, zwłaszcza gdy wiemy, że jedna ze stron ma problemy w odnalezieniu się w nowym otoczeniu. Co dalej...? Poddać się i żyć na dwa fronty, czy walczyć i na siłę odnajdywać sympatie tam, gdzie ich nie ma ?
Sama miałam taką sytuację, właśnie na swoich urodzinach. Zaprosiłam znajomych z różnych "środowisk"... ze studiów, starych znajomych, kilka osób poznanych przez "łańcuszki". Szybko zawieram znajomości i lubię się otaczać ludźmi, więc w ten wyjątkowy dzień chciałam mieć wszystkich wokół siebie. Niestety nie było tak, jak sobie wymarzyłam. Większość osób dogadywała się ze sobą dobrze, nie musieli udawać. Zwykła impreza. Ale był i drugi koniec kija- parę osób siedziało z boku, jakby za karę, że muszą tu być. Nikt ich nie zmuszał, a i mnie się zrobiło przykro, że źle się bawią. W takich momentach wolałabym już chyba, żeby udawali zamiast siedzieć, jak naburmuszone snoby.
Nie lubię takich sytuacji !!! !!! !!!
Chyba zaczynam odrobinę wariować, ale na obecną chwilę... winę mogę zrzucić na zmęczenie spowodowane sesją :P
Subskrybuj:
Posty (Atom)